To już taka nasza świecka tradycja. Dziecko w okresie płodowym musi mieć swój blog. A może raczej tatuś musi? Przypuszczam, że wiąże się to z pewnym ryzykiem, bo kiedy role się odwrócą i zegar wybije jesień życia, ktoś z najbliższych może sobie przypomnieć o frywolnej inicjatywie sprzed, daj Boże, pięćdziesięciu lat... (kochanie, to nie tak jak myślisz, to było na żarty).
Tymczasem, moja droga Zosiu, piszę do Ciebie jak gdyby nigdy nic. I coś Ci powiem. Nigdy nie miałem córki i nie wiem jak się zabrać do tej naszej świeżutkiej relacji. Bo wiesz, z chłopakami, to jakoś tak zwyczajnie jest. Gramy w piłkę, hodujemy dinozaury, robimy z poduszek duży garaż. A w co się będziemy bawić z Tobą, o czym gadają lalki na zakupach i czy poradzę sobie z warkoczami? Całe szczęście, że Franek wyrasta na eksperta, a jak ktoś się zna na koparkach i brontozaurach, to i ojcu wytłumaczy ,,te sprawy".
Dlatego możesz chlupać się w Martuszkowym brzuchu bez obaw. Rośnij spokojnie, kształtuj się i zbieraj siły. Bo tu, to znaczy na zewnątrz, jest fajnie, ale też dużo zwiedzania. A jeszcze czasami trafi się poniedziałek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz